Bardzo długo zastanawiałam się, o czym napisać w tej notce.
Wszystko, co wpadało mi do głowy okazywało się kompletnym idiotyzmem.
Naprawdę nie mam ochoty wypisywać tutaj, co jadłam lub kiedy srałam.
Ale czemu nie wyrzucić z siebie tego, jak się czuję?
Niby nie jest mi jakoś strasznie smutno, ale po prostu czuję w sobie pustkę. Zrobiłam sobie fortecę z poduszek i koców, pozapalałam sobie świeczuszki, puściłam sobie Joplin, a potem wszystko się spieprzyło. Forteca się rozpadła, komputer zaczął mi się ciąć i byłam zmuszona wyłączyć muzykę.
Czyżby to znak, żeby zwlec dupę z łóżka i wreszcie coś ze sobą zrobić?
W poprzednim poście obiecałam, że się rozkręcę i będę pisała jakieś sensowne rzeczy.
Chyba nie wypaliło.
Jedyne tematy, które przychodzą mi teraz do głowy to cyberbullying, interpretacja słowa "ciemność" oraz niska samoocena dzisiejszych nastolatek.
Tak, zdecydowanie nie wypaliło.
Przeglądając swoje stare blogi natrafiłam na pewno zdanie, z resztą napisane przeze mnie, które mnie zamurowało.
Czemu?
Ponieważ dziwi mnie fakt, że zaledwie kilka lat temu potrafiłam wymyślić coś mądrzejszego, niż snuć pseudofilozoficzne przemyślenia na temat życia doczesnego.
"Byłam dzisiaj z koleżanką w kinie na filmie "Frankenweenie". Pokazuje on, że miłość i przywiązanie psa do właściciela jest wieczne, a tylko nieliczni potrafią to docenić"
Niestety blogi te zostały usunięte, a szkoda.
I takim to melancholijnym akcentem kończę dzisiejszego posta, dobranoc.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz