piątek, 24 stycznia 2014

Tygrysy, grube melanże i orangutany.

Hej, z tej strony Emila.
Bardzo Was przepraszamy za brak notek, ale porwał nas gruby melanż i...
Nie, czekaj, wróć.
Tak naprawdę jesteśmy po prostu leniwe i nie chciało nam się nic pisać :')
To znaczy ja byłam na tyle leniwa, że nawet nie chciało mi się stukać w klawiaturę, natomiast Milena była zapewne zajęta paleniem. Świeczuszek.
Bo my to prawilne dziołchy są, jak palą to tylko świeczki, a jak piją to soczek jabłkowy ewentualnie piccolo.
Hehe. Zapewne ciekawi Was, co u mnie (dobra, wiem że nie, ale nie róbcie mi przykrości).
U mnie po staremu, nadal jestem największą pierdołą stulecia (wywróciłam się przedwczoraj o własną nogawkę, pozdrawiam), a moje rysunki nadal wyglądają jakby ktoś wręczył pięciolatkowi ołówek i powiedział: "Rysuj mnie jak jedną ze swoich francuskich dziewczyn".
Nie, stop, orangutan.
Post jak zwykle nie trzymał się kupy ani dupy (pupki!), ale cóż poradzić, są ferie, odmóżdżam się codziennie, a kilkukartkowy test z polskiego leży na szafce i czeka.
Tym czasem ja lecę wozić tygrysy samochodem i przemycać prostytutki po ulicach spokojnego Steelport.
Do następnego posta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz